Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

18 - 29/06/2021

Galeria

Zapomnieliśmy, że są dwie wolności. Uczył nas tego Isaiah Berlin: jest wolność „od”: wolność od przymusu, wolność, która jest wielką przestrzenią, w której można robić to, czego dusza zapragnie. Ta wolność „od” to wolność naszych praw i swobód, które zabrał Polakom komunistyczny ustrój, a które odzyskaliśmy w 1989 roku. To wolność rynku, na którym można sprzedawać i kupować, co się chce, po cenach, jakie się ustali i jakie kupujący zaakceptuje. To wolność, która pozwala ci wsiąść w samochód w Warszawie i bez kontroli granicznej dojechać do Atlantyku.

Ale jest jeszcze wolność „do”. To wolność, która jest rzeczywistą zdolnością do osiągnięcia czyichś celów i pragnień. Wolność, która jest trudniejsza do realizacji, bo jest wolnością samorealizacji, wolnością-celem wartym osiągnięcia. Wolność „od”, nazywana negatywną, da ci wolny rynek. Ale jeśli nie masz za co na nim kupić, nie jesteś wolny w sensie wolności „do”. Wolność „od” da ci autostradę nad Atlantyk i brak granic, ale nic ci po niej, jeśli nie masz tam jak dojechać, bo cię nie stać albo nie wiesz, po co miałbyś tam jechać, bo nigdy nikt nie rozbudził w tobie ciekawości świata i nie nauczył cię wyznaczać sobie wartościowych celów.

Zapomnieliśmy, że są dwie wolności – zapomnieliśmy zwłaszcza o wolności „do”, skupiając się na walce o wolność „od”. I wywalczyliśmy ją jako wspólnota. Ale kiedy już ją wywalczyliśmy, okazało się, że otacza nas pustka wolności – wielka przestrzeń, w której można zrobić wszystko, a w której jedni nie mają za co, a inni nie wiedzą, po co.

Ci, którzy nie mają za co korzystać z wolności, nie docenią jej – jest ona dla nich wartością fikcyjną. Po co wolność, z której nie ma jak korzystać? Po co droga, którą nie ma siły iść?

Ci, którzy nie wiedzą, po co korzystać z wolności, bo nie są w stanie znaleźć idei wartej realizacji, celu wartego osiągnięcia, także przestaną cenić wolność „od”. Bo po co wolność, gdy nie wiadomo, co z nią zrobić. Po co droga, skoro nie wiadomo, dokąd chce się pójść?

To dwa powody kryzysu liberalizmu – brak środków i brak celów. Na wyzyskiwaniu tych dwóch deficytów kwitły historyczne i kwitną współczesne autorytarne populizmy. Dają przez jakiś czas środki i mamią celami – a ostatecznie środków brakuje, a fałszywy cel zamienia się w celę – więzienie, w którym wolność umiera.

Jeśli chcemy zachować wolność „od”, którą te populizmy chcą ostatecznie zniszczyć, trzeba znaleźć nieautorytarny pomysł na deficyt środków i deficyt celów. To wymaga wyjątkowej zaradności i mądrości. Nie ulega wątpliwości, że tym, którzy w często brutalnym, wolnorynkowym wyścigu przegrali, należy się pomoc. Kwestią mądrości jest znalezienie takiego pomysłu na pomoc tym, którym się nie udało, by jednocześnie nie stłamsić zaradności tych, którym się udało, i innowacyjności tych, którym może się udać jeszcze bardziej. Autorytaryzmy dokładnie tego nie potrafią – znaleźć złoty środek. Miłośnicy wolności muszą to potrafić.

Jeszcze większym problemem jest wskazanie nieautorytarnych celów – odnalezienie tożsamości, wypracowanie hierarchii wartości, zgoda co do norm, które ukierunkowują korzystanie z wolności „od”. Także w tym zakresie autorytaryzmy oferują łatwe rozwiązania – pamięć historyczną, która głosi kult siły i patriotyzm umierania za ojczyznę. Czy ci, którzy kochają wolność, są w stanie znaleźć ich bezpieczne dla wolności odpowiedniki – pamięć historyczną, która pochwala rozum i patriotyzm życia dla ojczyzny, nieumierania za nią?

Jesteśmy wszyscy jak Artur z trzeciego aktu „Tanga” Sławomira Mrożka, którego plan na opanowanie chaosu nieokiełznanej wolności brzmi: „A teraz znajdziemy ideę”. To Artur, który ma już dość wolności „od” – wolności od norm moralnych, od konwencji, od tradycji. Wolności, którą wywalczyli mu rodzice, a którzy chcą, by był im za to dozgonnie wdzięczny. A Artur, jak wielu współczesnych młodych ludzi, potrzebuje idei. Kiedy jej szuka, odrzuca wiele propozycji: odrzuca ideę Boga, którą proponuje wuj Eugeniusz, odrzuca ideę postępu, którą proponuje Edek. Jedna jest według niego ideą minioną, druga zbyt mglistą. Czyż wszyscy nie jesteśmy Arturami? Czy idee starych religii nie wydają nam się umarłe, a idea postępu zbyt ogólna, by kierować naszymi działaniami? Jaka może być idea porządkująca nasze życie w świecie, w którym wszystko można, ale nie wiadomo, co się powinno?

W pesymistycznym zakończeniu „Tanga” tą ideą staje się władza rozumiana jako brutalna siła. To scenariusz straszny, ale niestety możliwy. Wielu ludzi współcześnie wraca do fascynacji sprawczością, dynamizmem, antyintelektualizmem – to cechy charakterystyczne dla różnej maści populizmów, szczególnie tych o zabarwieniu brunatnym. Nie można na to pozwolić w kraju, który tak wiele z powodu tych chorobliwych fascynacji wycierpiał. Co jednak zrobić? Jak uwierzyć w idee prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, przez wierzących wywodzone z idei Boga, a przez tych, którzy nie podzielają tej wiary, z innych źródeł?

Może pierwszym krokiem jest powrót do idei odpowiedzialności – nie od razu za rzeczy wielkie. Odpowiedzialności za swój mikroświat, za przeciwdziałanie mikrozłu w swojej szkole, w gminie, w powiecie. Może pierwszym krokiem powinno być odrzucenie pokusy obarczania wszystkich winą za wszystko. Obwiniania, które staje się formą usprawiedliwiania własnej apatii.

Może powinna to być inna wartość obok odpowiedzialności. Jakąś musimy odnaleźć, by w świecie, który daje tak wiele wolności „od” nie zatracić wolności „do”. To zadanie, które przed nami wszystkimi stoi – umożliwić ludziom pełne korzystanie z wolności przez mądre podzielenie się środkami i mądre współdzielenie celów. Wolności są dwie – mówi Isaiah Berlin. Ta, która daje swobodę, i ta, która daje podmiotowość, by ze swobody korzystać. Jedna bez drugiej nie ma sensu.